środa, 7 czerwca 2017

Sowie opowieści #44 Kasie West - Chłopak z innej bajki



Kiedy poznaje się styl pisania autora/ki, wtedy już wiadomo czego można się spodziewać po następnych powieściach. Nie inaczej jest z Kasie West. Od pierwszej książki przekonała mnie, że warto jej zaufać. Każda powieść jest lekka, przyjemna i zaskakująca. Niby wszystkie są podobne, ale jednocześnie różne. Wiem, że mnie nie zawiedzie, a każda napisana przez nią powieść przypadnie mi do gustu. Nie inaczej było z „Chłopakiem z innej bajki”


Chodzi o wasz hotel?Jestem najzupełniej pewna, że nie chcę być pokojówką kiedy dorosnę -  mówię do Xandra gry jedziemy przez parking



Fabuła

Caymen to nastolatka, która ma trochę inne problemy niż reszta jej rówieśników. Od najmłodszych lata pomaga mamie w sklepie z lalkami. Kobiety ledwo wiążą koniec z końcem, a główna bohaterka nie chce spędzić swojej przyszłość w sklepie. Nie wyobraża sobie jednak zostawić matkę i wyjechać gdzieś daleko. Rodzicielka zaszczepiła w niej wiele cech, również niechęć do bogaczy. Zblazowani, wymagający, roszczeniowi oraz widzący tylko czubek własnego nosa. Tak postrzega ich Caymen. W połączeniu z jej sarkastycznymi podejściem do życia, otrzymujemy mieszankę wybuchową. Xander musi przebić się przez myślenie dziewczyny, inaczej nic nie będzie z ich znajomości. Chłopak jest przedstawicielem wyższej klasy, której tak nie znosi dziewczyna. Czy uda im się znaleźć wspólny język? Czy mimo różnic będą razem? Jaką tajemnicę skrywa matka dziewczyny i jak wpłynie ona na ich dalsze życie?


Moim zdaniem


Autorka przedstawiła zderzenie dwóch różnych światów. Bogatych pariasów, których mogą pozwolić sobie na wszystko o czym marzą oraz biednego społeczeństwa. Ci drudzy muszą walczyć na każdym kroku o lepsze jutro. Wśród nich jest Caymen. Siedemnastolatka nie zna innego życia niż sklep z lalkami oraz pomoc mamie. Jak na swój wiek, jest bardzo odpowiedzialna. Dźwiga na swoich barkach dużą odpowiedzialność. Od zawsze była sama
z mamą. Każda wolną chwilę poświęca na rozwinięcie biznesu. Xander to bogaty chłopak, który nigdy nie zaznał biedy. Wbrew swojej woli ma zająć się rodzinnym biznesem. Wzbrania się przed tym jak tylko może. Szuka innego zajęcia dla siebie. Ich drogi przeplatają się na tym właśnie etapie. Nastolatki dostrzegają, że ich pragnienia i marzenia wcale się tak bardzo od siebie nie różnią, mimo że każde wiedzie inne życie. Główni bohaterowie są wykreowanie bardzo dobrze. Twórczyni przedstawiła ich obawy oraz cechy charakteru, które sprawiają, że tak dobrze się rozumieją. Chłopak jest zafascynowany podejściem Caymen. Jej buntownicza natura fascynuje go i przyciąga.  

Postacie drugoplanowe idealnie wpasowują się w stworzoną historię. Skye, najlepsza przyjaciółka Caymen to wulkan energii. Ma mnóstwo pomysłów, a życie kształtuje według własnego pomysłu. Nie boi się niczego. Chce się bawić
i korzystać z życia. Jest idealną przyjaciółką, tak jak Mason. Wokalista Zrzędliwych Ropuch oraz chłopak Skye. Wydaje się outsiderem, ale kiedy trzeba staje na wysokości zadania. Fragmenty powieści, które przedstawiają ich relacje bardzo przyjemnie się czyta. Mama głównej bohaterki to kobieta po przejściach. Próbuje stworzyć coś własnego i dać jak najlepszy przykład swojej córce. Ciągle się o nią martwi i chce żeby Caymen uczyła się na jej błędach. Kolega Xandera wprowadza trochę zamętu, ale to dobrze. Musi się coś dziać. Postacie przedstawione w książce, to mieszanka wybuchowa. Każdego można polubić na swój własny sposób.

Jego znajomy głos sprawia, że schodzi ze mnie napięcie. W niczym nie przypomina Roberta. Gdyby był taki sam, zmyłby się zaraz po odkryciu, ze mieszkam nad naszym sklepem. Ta myśl dodaje mi otuchy.




Kasie West, kolejny raz napisała powieść z polotem, ale także dużą dozą humoru. Książkę czyta się szybko, dzięki jej lekkiemu stylowi pisania. Nie ma tu miejsca na niezrozumienie tekstu. Wszystko jest logiczne, a fabuła rozwija się wraz z czytaniem. Znając styl pisania autorki można się spodziewać jak potoczą się losy w „Chłopaku z innej bajki”. Nie obyło się jednak bez zaskakujących wątków, które wprowadziły rozterki do fabuły. Przedstawiona historia jest bardzo prawdziwa i może zdarzyć się w życiu codziennym. Kolejna ciekawa oraz przyjemna treść spod pióra Kasie West.

Przedstawione światy na pozór mogą wydawać się zupełnie różne. Kiedy jednak człowiek zbada je dokładniej, okazuje się, że bohaterów bardzo dużo łączy. Wychowani są w zupełnie inny sposób, ale nie widać między nimi różnicy. Oczywiście przeczytać można także o typowych „przedstawicielach” snobistycznej odsłony. Wtedy najlepiej widać, że nie to gdzie się człowiek urodził, a to jaki jest decyduje
o jego losie. Twórczyni pokazała blaski i cienie każdej grupy społecznej.

„Chłopak z innej bajki” to lektura, która uprzyjemni wieczór. Jest to idealny tytuł na wieczór, kiedy człowiek wraca po ciężkim dniu w pracy. Można sięgać bez zastanowienia. Taki gatunek nazywam typowym „omdóżdżaczem” i odskocznią od codziennych problemów. Jeśli zna się poprzednie dzieła autorki, wiadomo co czeka czytelnika. Fabuła jest miła dla oka, a książkę bardzo szybko się kończy. Dzięki małej dozie tajemnicy, nie da się oderwać od fabuły. Aż chce się wiedzieć co skrywa mama Caymen. Zakończenie nie wyjaśnia wszystkich wątków, co wywołuje pewna dozę frustracji. Jest to też sposób na dopowiedzenie sobie, przez czytelnika, jak niektóre wątki potoczą się dalej. Może autorka powróci kiedyś do świata bohaterów i wyjaśni kwestie, które są niewyjaśnione?



Polecam. Książka pokazuje schemat biednej dziewczyny i księcia z bajki, w ówczesnych realiach. Trochę inne spojrzenie, ale jakie ciągające! Pozytywna lektura, która wywoła napady śmiechu oraz chwile zadumy. Właśnie tak pisze Kasie West. Nigdy nie jest nudno. Polecam wszystkie książki autorki. Wywołanie ciepłych uczuć, gwarantowane!







Moja ocena: 6/6


Znasz może „Chłopaka z innej bajki? A może zaczytywałaś/łeś się w innych lekturach od Kasie West? Napisz co sądzisz o twórczości tej genialnej kobiety.

Za książkę dziękuję Monice, która musi znosić moje maile oraz całemu wydawnictwu Feeria Young.  

Czytaj dalej »

wtorek, 6 czerwca 2017

Sowie opowieści #43 Natasha Preston - Uwięzione



Książki, książki i jeszcze raz książki. Kocham je od wypierdkowych lat. Pozwalają mi odlecieć do innej rzeczywistości, kiedy w mojej jest nieciekawie. Dzięki prostym słowom i własnej wyobraźni zwiedziłam już cały Świat. Są jednak powieści, które zabierają czytelnika w miejsca, do których nie chciałby się fizycznie wybrać. Jedną z takich pozycji są „Uwięzione” Natashy Preston. Wykreowana przez nią rzeczywistość jest do bólu realna, a człowiek długo po przeczytaniu nie wie czy chce zmagać się z życiem codziennym.

Nagle wszystkie dźwięki nabrały mocy - jego głęboki, urywany oddech oraz jej charkot i dławienie się. W ciągu kilku sekund ona zamilkła. Coś uderzyło o podłogę. Potem słyszałam już tylko jego.





Fabuła

Summer to pogodna dziewczyna, która cieszy się życiem. Nie boi się podejmować wyzwań i sama wyznacza drogę, którą chce podążać. Nie ma dla niej rzeczy niemożliwych, a kiedy ktoś jej czegoś zabrania – jeszcze bardziej tego chce. W swojej miejscowości jest dobrze znana, czuje się tu bezpiecznie. Do czasu... Pewnego wieczoru wybiera się na imprezę. Odmawia, kiedy jej chłopak Lewis chce ją odprowadzić. Decyzja okazuje się tragiczna w skutkach, ponieważ główna bohaterka zostaje uprowadzona. Brutalnie wrzucona do samochodu, a następnie zamknięta w piwnicy, która jest już zamieszkała. Jak poradzi sobie z wyzwaniami, które postawi przed nią porywacz? Czego mężczyzna tak naprawdę chce?
I najważniejsze: czy Sum kiedykolwiek wróci do domu?


Moim zdaniem

Mocna, prawdziwa i wciągająca, taka właśnie jest książka Natashy Preston. Summer, zostaje uprowadzona przez niestabilnego mężczyznę, który próbuje stworzyć własną rodzinę. Kiedy główna bohaterka trafia do nowego „domu” poznaje tam inne dziewczyny. Niektóre z nich przetrzymywane są od lat. Nastolatka jest zdeterminowana, aby wydostać się z pułapki. Chce wrócić do najbliższych
i wieść poprzednie życie. Jednak nie jest to takie proste.
Z czasem uczy się grać w grę, którą jej i trzem innym dziewczynom narzuca porywacz. Czy do końca zatraci siebie? Co zrobią jej bliscy, aby odzyskać Summer? Czy determinacja nastolatki pomoże jej wyjść cało z opresji?

Największą zagadką powieści jest to: jak można stworzyć dzieło, które jest jednocześnie wciągające, a w wielu momentach nudne. Tak, dobrze czytasz. Jedna książka wywołała u mnie dokładnie takie uczucia. Na samym początku byłam strasznie ciekawa co się stanie. Dlaczego mężczyzna kieruje się takimi działaniami, a nie innymi. Dlaczego zmienia dziewczynom imiona i trzyma je
w piwnicy. Jednocześnie widać, że się o nie troszczy, nie chce żeby stała się im krzywda. Można powiedzieć, że na swój własny sposób je kocha. Do dalszego czytania nakręcała mnie chęć poznania jego motywów. Dlaczego stał się taki. Co na niego wpłynęło oraz co swoimi działaniami chce osiągnąć. Z biegiem fabuły dowiedziałam się, ale musiałam przejść przez utarte schematy codziennego dnia dziewczyn. Porywacz narzucił im kiedy mają się myć, jeść, co robić
w czasie wolnym. Dawał troszkę miejsca na własna inwencję, ale wszystko było pod ścisłą kontrolą. Podczas czytania można się wynudzić. Dlaczego? Ponieważ ile razy można czytać, o sprzątaniu blatów czy oglądaniu filmu. Całą sprawę ratuje odkrywanie, jak zmienia się podejście i uczucia głównej bohaterki. W jaki sposób topnieje jej determinacja. Wyjątkowo dobrze widać to w odniesieniu do dziewczyn, które są od lat
w zamknięciu. Wydawać by się mogło, że pasuje im obecny stan rzeczy. Tak naprawdę jest to system obronny. Wolą przyjąć obecną rzeczywistość, niż wierzyć w ratunek, który może nie przyjść. Patrząc na całokształt można odkryć, że codzienne przestawianie rutyny Sum jest zabiegiem celowym. Autorka chciała pokazać jak niesprzyjające warunki „łamią ducha” oraz zmieniają osobowość. Teraz to wiem, ale podczas czytania czułam często znużenie. Pojawiało się także inne uczucie. Im częściej poznawałam psychikę porywacza, tym czułam się gorzej. Książka zaczynała wpływać na moje samopoczucie. Miałam w sobie coraz więcej obaw. Bałam się co się stanie z dziewczynami i jednocześnie oglądałam się za siebie żebym nie skończyła jak one. Jest to może myślenie irracjonalne, ale nie mogłam nic na to poradzić.


Okropnie mnie przerażało, kiedy obie się martwiły. Widziały już tak wiele i przyzwyczaiły się do takiego życia, ale teraz one też się bały. Zastanawiałam się, czy to przeze mnie Clover zaczął się tak zachowywać. 



Zmienne nastroje chorego mężczyzny wywoływały u mnie przerażenie. Fragmenty opowiadane przez Lewisa, były jak chwila oddechu w spirali psychozy. Tak samo było z momentami, kiedy główna bohaterka wspominała swojego chłopaka. Jak się poznali, co do niego czuła oraz jak bardzo chciałaby być z nim. Bardzo dobrze, że autorka je umieściła, bo nie wiem czy sama bym nie zwariowała.

Ciekawym zabiegiem jest pokazywanie, tego samego zagadnienia,
z zewnątrz i wewnątrz, tzn. co przeżywały dziewczyny oraz najbliżsi Summer. Autorka pokazała jak porwanie wpłynęło na rodzinę i chłopaka Sum. Całość została przedstawiona bardzo realistycznie, szczególnie siła młodzieńczej miłości. Lewis do końca walczył, szukał, starał się znaleźć swoją dziewczynę. Myślę, że niejedna dziewczyna zakocha się w jego determinacji.

Niejednokrotnie prychałam z frustracji. Szczególnie, kiedy odnalezienie dziewczyn było na wyciągnięcie ręki. Kolejne niepowodzenia wywoływały
u mnie zgrzytanie zębów. Straszne jest wiedzieć co się dzieje, a nie móc nic zrobić. Irytacja sięga zenitu, a ja krzyczałam do Lewisa, że jest na dobrej drodze. Szkoda, że nie nie słyszał... Dokładnie takie same uczucia miałam, kiedy „wchodziłam” w umysł Clovera, porywacza. Nie wiedziałam co się za chwilę stanie.

Bohaterowie to istny cyrk osobowości. Clover, czyli porywacz, jest tak złożony. Dla otoczenia jest ułożonym i skrytym mężczyzną, który wykonuje powierzone mu obowiązki. W pieleszach domowych wychodzi z niego niestabilny osobnik, który marzy o rodzinie. Nie potrafi jednak jej stworzyć
w normalny sposób. Trauma z dzieciństwa, zdrady taty i skomplikowana osobowość matki wpłynęły na jego obecny stan. Najgorszym momentem książki jest chwila, kiedy pomyślałam: Ojej, a Clover jest też ofiarą. Chwila... Co? Tak, dobrze czytasz. Autorka zmanipulowała moimi uczuciami w taki sposób, że chyba sama miałam przez chwilę syndrom Sztokholmski. Aż sama się sobie dziwię. Ostatecznie odbieram go jako osobnika chorego, którego życie ukształtowało w taki sposób.


Żadne z nas się nie odezwało, a ja ciągle nie podnosiłam na Lewisa wzroku. Przebywanie z nim w jednym pomieszczeniu prawie bolało. Coraz wyraźniej słyszałam jego kroki, kiedy się zbliżał. Poczułam, jak łóżko ugina się pod jego ciężarem, a kątem oka zobaczyłam kawałek jego nogi. 



Rose, Poppy, Violet przejawiają różny stan przywiązania do Clovera. Im dłużej żyją w zamknięciu, tym bardziej są mu oddane. Czasem nie wiadomo czy ze strachu co może zrobić czy przez syndrom Sztokholmski. Najbardziej zżyłam się z główną bohaterką. Pewnie dlatego, że przez całą książkę, można odkryć drogę jaką przeszła. Od porwania, do swoistej akceptacji stanu w jakim się znajduję. Niejednokrotnie mnie irytowała, ale za chwilę jej współczułam. Autorka bardzo dobrze odzwierciedliła uczucia osoby, która została porwana. Wahania nastrojów, podejmowanie absurdalnych decyzji. Z czasem, miałam wrażenie, że zwariowałam z dziewczynami, które są w piwnicy. Rozumiałam ich tok myślenia
i dlaczego takie są. Przykro było patrzeć jak Summer traci nadzieje. Jej światło gasło z każdym kolejnym dniem. Nie wiem gdzie zagubiła się ta dziewczyna, ale na końcu książki to już nie była ta sama osoba co na początku.

Podsumowując: mocna i prawdziwa książka, która przedstawia wstrząsającą historię. Kiedy człowiek uświadamia sobie, że takie rzeczy dzieją się naprawdę – odczuwa ją jeszcze mocniej. I może wydawać się to głupie, ale nagle przestała mi przeszkadzać nadopiekuńczość bliskich. Moje poczucie bezpieczeństwa jest mniejsze, niż przed poznaniem „Uwięzionych”. Nagle chłopak może odprowadzać mnie gdzie tylko chce... Nie zmieniłam swojego charakteru, ale stałam się ostrożniejsza. Jeśli autorka chciała osiągnąć taki efekt, to jej się to udało. Realnie przedstawione wydarzenia naprawdę dają do myślenia. Dbałość
o szczegóły wpłynęła na realizm sytuacji. Książka jest przestrogą, szczególnie dla butności nastolatków. Nie chodzi o ograniczenia ich świata, ale o ochronę przed potworami pokroju Clovera. Polecam sięgnąć po tytuł, ponieważ jest to bardzo dobry przykład literatury zmieniającej życie. Do teraz czuję strach i zupełnie inaczej patrzę na kwiaty. 








Moja ocena: 6/6 



A czy Ty znasz już powieść „Uprowadzone”? Lubisz książki wpływające na psychikę i postrzeganie świata zewnętrznego? Bardzo mocno polecam „Uwięzione”.

Za książkę dziękuję wydawnictwu Feeria Young oraz Monice.


Czytaj dalej »

poniedziałek, 5 czerwca 2017

Sowie opowieści #42 Francesca Zappia - Wymyśliłam Cię



Kiedy jest się książkoholikiem od wielu, wielu lat, obiera się kurs na ulubione gatunki. Ze mną jest trochę inaczej, ponieważ ja kieruje się tymi, których nie lubię (tzn. unikam ich). Są to do bólu przewidywalne obyczajówki
i historyczne tasiemce przedstawiające suche fakty. Mam też swoje ulubione typy, ale na przestrzeni czasu zmieniają się, ewoluują. Dlatego łatwiej jest mi powiedzieć czego nie lubię, niż to co lubię. To co się nie zmienia, to fascynacja książkami odnoszącymi się do ludzkiej psychiki oraz zagadnień z nią związanych. Kiedy przeczytałam opis „Wymyśliłam Cię” wiedziałam, że muszę przeczytać powieść Francesca Zappia.

Wiedziałam. Ależ wiedziałam. Co nie przeszkadzało mi panicznie się ich bać.




Fabuła

Alex to nastolatka, która zmaga się z typowymi młodzieńczymi problemami. Nauką do matury, akceptacją rówieśników, zauroczeniem, które odczuwa do kolegi oraz... schizofrenią. Tak, jej życie nie jest łatwe. Codziennie musi odróżniać prawdę od fikcyjnych wytworów jej umysłu. W codziennym życiu pomaga jej nieodłączny aparat, który zawsze pokaże co dzieje się naprawdę. Życie dziewczyny nie należy do najłatwiejszych, ale też nigdy nie jest nudno. Do codziennego zmagania się z wyzwaniami motywuje ją siostra i wizja wyjechania do collegu, gdzie będzie mogła stworzyć siebie na nowo. Kiedy zaczyna odnajdywać się wśród rówieśników, zaprzyjaźnia się, chodzi na imprezy oraz lepiej poznaje Milesa odkrywa co straciła przez tyle lat. Tylko czy to wszystko jest prawdą? Czy Alex sobie tego wszystkiego nie wymyśliła?


Moim zdaniem

Nawet nie wiem od czego zacząć opisywać „Wymyśliłam Cię”. Kiedy nie wiadomo co zrobić, może najlepiej skupić się na otoczce? Okładka – pierwsza rzecz, która przyciągnęła mnie do książki. Niebieski połączony z fioletem, który kaskadą spada na główną bohaterkę, to idealne odniesienie do jej stanu. Rzeczywistość atakuje ją z każdej strony, a ona za pomocą swojego parasola odpiera ataki. Zamknięta
w swoim schizofrenicznym świecie, nie chce dopuścić nikogo do siebie. Woli zostawać w cieniu, niż wyjść na słońce. Okładka jest tak piękna, barwna i rzucająca się w oczy. Nie da się przejść koło niej obojętnie. Tył jest w odcieniach różu, a postać Alex odzwierciedla jej wewnętrzny mętlik. Uważam, że całość jest idealnie skomponowana - da się z niej wycisnąć jeszcze więcej odniesień. W środku powieści można odnaleźć wiele ciekawych rysunków, które fajnie uzupełniają treść oraz urozmaicają czytanie.  

Główna bohaterka jest nad wyraz skomplikowana oraz nieodgadniona. Czytelnik ma możliwość być z nią na każdym etapie podróży. Odkrywać targające nią uczucia. Wie co czuje oraz dlaczego postępuje tak, a nie inaczej. Alex jest nietuzinkowa. Nigdy nie spotkałam się z taka postacią w książce. Aby odkryć, co jest prawdą – robi zdjęcia. Tylko dzięki nim wie, czy dana sytuacja lub ludzie są prawdziwi. Wyobrażasz sobie żyć w takim świecie? Kiedy najmniejsze doświadczenie, uczucie, wydarzenie musisz poddawać wątpliwości? Alex radzi sobie bardzo dobrze. Nie marudzi, tylko stara się żyć najlepiej jak potrafi. Doświadczenie z jej dzieciństwa sprawia, że dziewczyna wątpi w realność Miles'a. Czy on istnieje naprawdę, a może jest starszą projekcją dziecięcych marzeń? Francesca Zappia wystawiła moje nerwy na oddziaływanie negatywnych bodźców. Kiedy już myślałam, że coś jest prawdą, autorka sprowadzała mnie na ziemię. Szczególnie traumatyczne było odkrycie, że... O nie, ale bym się wkopała. Nie napiszę Ci tego, bo zdradziłabym ważny aspekt książki. Wiedź jednak, że warto jest przeczytać książkę, choćby dla tego odkrycia. Wiem, że piszę pokrętnie, ale kiedy tam dotrzesz, będziesz wiedzieć o co chodzi.  




Zachichotałam lekko, kiedy się zorientowałam, że w bibliotece nadal pracuje ta sama bibliotekarka, którą trzy lata wcześniej oskarżyłam o propagowanie komunizmu. Zachichotałam trochę bardziej, kiedy weszliśmy z Tuckerem do środka, a ona spiorunowała mnie wzrokiem. 



Miles to wycofany, inteligentny i zagadkowy chłopak. Jest nad wyraz dojrzały jak na swój wiek. Jego przekomarzanie
i dogryzanie Alex jest tak urocze. Oczywiście na swój sposób, ponieważ są to postacie, które niczego nie robią tak jak inni. Ich rozkwitające uczucie jest cudowne. Nie ma tu mowy
o utartych schematach. Miłość rodziła się powoli, a kiedy dopadła bohaterów, cieszyłam się równie mocno jak oni. Drugoplanowi bohaterowi są idealnym uzupełnieniem dla fabuły. Autorka wpasowała ich idealnie.

Pisarka w „Wymyśliłam Cię” poruszyła wiele ważnych tematów, a najważniejszymi są schizofrenia oraz inność głównej bohaterki. Jest to kwestia bardzo skomplikowana oraz poruszająca, ale Fracesca Zappia opisała ją w sposób lekki i przyjemny. Każdy ma szansę zrozumieć na czym polega ta choroba, jak się przejawia. Podczas czytania czułam współczucie dla Alex, ale jej stan mnie nie przygnębiał. Może dlatego, że tak dobrze radziła sobie
z trudnościami dnia codziennego. Pokazała, że mimo przeciwności, ze schizofrenią dla się żyć. Inne postrzeganie rzeczywistości jest problemem, ale nie musi wykluczać ze społeczeństwa. Twórczyni przedstawiła nastoletnie zmagania się z dociekliwością, jednak pokusiła się również
o retrospekcje. Jak w młodych latach Alex postrzegała chorobę. Poszła nawet o krok dalej. Podczas czytania miałam szansę poznać odczucia rodziny bohaterki oraz jak otoczenie, głównie rówieśnicy, reagują na jej dolegliwość. Reakcje są różne, a to daje idealny pogląd na niezrozumienie tematyki oraz błędne myślenie społeczeństwa.  

Fabuła rozwija się tak jak powinna, czyli wraz z biegiem książki. Poddawanie wszystkiego pod wątpliwość, sprawia że książka staje się wyzwaniem dla czytelnika. Aż do końca nie wiadomo co jest fikcją, a co prawdą. Dzięki takiemu zabiegowi książkę czyta się płynnie. Chciałam jak najszybciej dowiedzieć się czy moje założenia są słuszne, a może twórczyni znowu wyprowadzi mnie na manowce. Wszystko prowadzone jest w pierwszoosobowej narracji. Można zobaczyć świat oczami Alex. Jak odbiera rzeczywistość każdego dnia. Jednak... Właśnie, podczas czytania i miłego spędzania czasu, odpuszcza się uważne śledzenie treści, a autorka daje parę razy szanse na odkrycie wielkiej tajemnicy. Kiedy dochodzi się do punktu kulminacyjnego, nie ma już odwrotu. Przyznaje, że Francesca Zappia bardzo mnie zaskoczyła. Całkowicie nie spodziewałam się jej toku myślenia. Zakończenie jest inne niż człowiek zakłada sobie przez całą powieść. Miła odmiana w książce dla młodzieży.  

Zawahał się. Brwi ściągnęły mu się w wyrazie wątpliwości. Nawet Miles miał granice bagatelizowania niebezpiecznych sytuacji, a ja byłam paranoiczką już na tyle długo, żeby wiedzieć, kiedy zaczynam przeginać.


Polecam z całego serducha i przybijam obiema dłońmi. Mimo że temat jest skomplikowany, został przedstawiony w „zjadliwy” sposób. Widać, że twórczyni nie boi się ciężkich tematów. Prezentuje je
z wyjątkową finezją oraz wyczuciem. Książka skierowana jest głównie do nastoletnich czytelników, ale sądzę, że starsi też odnajdą się w fabule. Treść pozwala lepiej zrozumieć osoby, które zmagają się ze schizofrenią. Nie przedstawia dosłownie co się dzieje, ale przybliża najważniejsze zagadnienia. Uważam, że powinno powstawać więcej takich książek.







Moja ocena: 5,5/6


A czy sowixy znają już twórczość Pani Zappia? Może znacie kogoś, kto zmaga się ze schizofrenią? Jestem ciekawa jak taka osoba odebrała by książkę „Wymyśliłam Cię”. Co Was najbardziej przyciąga w powieści?


Za możliwość przeczytania dziękuję kochanej Monice oraz wydawnictwu Feeria Young.  


Czytaj dalej »

niedziela, 4 czerwca 2017

Sowie opowieści #41 Artur Urbanowicz - Gałęziste




Na wstępie napiszę, że nie mam jeszcze dostępu do aparatu, ale zmieni się to w najbliższym tygodniu. Okładka „Gałęziste” zasługuje na specjalną sesję. Na pewno nie przepuszczę takiej okazji.


Są książki, które przyprawiają o dreszcze na samą myśl o nich. Jedną z takich pozycji jest „Gałęziste” Artura Urbanowicza. Powieść chciałam przeczytać i nie poznawać jednocześnie. Bardzo przyciągała mnie do siebie fabuła
i cała otoczka tajemnicy lasu. Lekko odpychało wydawnictwo, z którym mam różne doświadczenia. Niestety, nasze kontakty, często kończyły się na wielkim rozczarowaniu. Postanowiłam jednak dać szansę (wydawnictwu oraz autorowi) i przekonać się czy polski twórca potrafi wywołać gęsią skórkę na moich rękach. Czy się udało? Tego dowiecie się z dalszej części tekstu.



Do tej pory to on korzystał z matematycznych argumentów w tłumaczeniu ciemnocie, że jest ciemnotą, i po raz pierwszy spotkał się z sytuacją, w której to druga strona wytoczyła aż tak ciężkie działa. 


Fabuła

Karolina i Tomek, to para studentów z Warszawy. Dziewczyna pragnie spędzić okres wielkanocny na suwalszczyźnie. Przyciągają ją piękne tereny i perspektywa ciekawych wycieczek. Oboje pragną, aby w ich związku znowu zagościła harmonia. Wiedzą, że ostatnio nie da dobrze się u nich dzieje i trzeba zawalczyć o poprawę. Po komplikacjach
z zakwaterowaniem, trafią do Białodębów oraz pięknej gospodyni Natalii, która ciepło ich przyjmuje. Wioska położona jest w lesie, gdzie nie ma zasięgu, a Internet nigdy nie zawitał w te rejony. Na domiar złego, dowiadują się, że w domu znajdują się zwłoki. Niepokojące wydarzenia psują ich sielankowy czas. Z dnia na dzień jest coraz gorzej, a para nie wie co się dzieje. Czy da im się wydostać z suwalskich lasów? Czy uratują swój związek? Kim, tak naprawdę jest Natalia i jakie ma plany?


Moim zdaniem


 Siostro, tlenu! Szybko! - wypowiadałam ten tekst nagminnie podczas czytania „Gałęziste”. Wniknęłam się w fabułę od pierwszych stron. Książka dosłownie przykleiła mi się do palców. Artur Urbanowicz trafił
w moje lęki. Wiem, że każdy jakieś ma, ale moim największym jest ciemność, a jeszcze bardziej – co z tej ciemności wyskoczy. Czarny, wielki las – poziom przerażenia level hard. Nie zliczę ile razy wpadałam w hiperwentylację podczas czytania. Mój chłopak myślał, że mam jakiś atak. Ktoś pewnie zapyta: skoro tak się boisz, to po co czytasz? Bo jestem masochistką. Uwielbiam przeciwstawiać się swoim własnym lękom. Pomaga mi to odzyskać kontrolę nad własnym życiem. Podczas czytania, co chwilę gadałam do bohaterów, ale oczywiście nigdy mnie nie słuchali.

Karolina i Tomek są tak różni, że bardziej się chyba już nie da. Ona katoliczka, on ateista, Ona marzy
o romantycznym związku, on uwielbia cielesne rozkosze. Ona wierzy w zjawiska paranormalne i ich oddziaływanie na życie, on bierze za pewnik tylko to, co można objąć własnym umysłem. Ona jest wrażliwą dziewczyną bujającą w obłokach, on woli realizm
i twardo stąpać po ziemi, nigdy nie przyzna się do słabości. Para, dzięki wyjazdowi, próbuje ratować związek. Wiedzą, że jest to ostania deska ratunku, choć nie przyznają tego głośno. Kiedy trafiają do Białodębów, zaczyna atakować ich okoliczny las oraz sytuacje, których nie potrafią wyjaśnić. Karolina ma bardzo realistyczne koszmary senne i nie potrafi ich wyjaśnić. Ma wrażenie, że ciągle ktoś się jej przygląda, śledzi. W głowie Tomka pojawiają się co chwile nieprzyzwoite myśli względem Natalii. Czy powstrzyma swoje męskie zapędy?

Artur Urbanowicz przedstawił bardzo realistyczną historię z dużą dozą nadnaturalnych zjawisk. Mimo że daleko mu do perfekcji literackiej, to z jego tekstu bije bardzo duży potencjał. Wykreowana historia skutecznie maskuje jakiekolwiek mankamenty. Tajemnica, spisek oraz zagadki, skutecznie przykuły mnie do siedzenia. Nie mogłam się oderwać. W tamtym momencie, musiałam poznać zakończenie. Przyznaje, że bardzo zaskakuje i na pewno nie da się go przewidzieć w takiej formie.

Główny zamysł, czyli las jako wróg, jest bardzo ciekawym zabiegiem. Głównie ten wątek przyciągnął mnie do tekstu Pana Urbanowicza. Nie jest jedynym plusem, ale myślę, że największym. Ciekawy oraz nowatorski pomysł, wybija dzieło na tle innych. Zielone tereny jako wróg człowieka, potrafią przysporzyć o wielki niepokój. Autor, idealnie wplótł w nie baśni
i legendy suwalskich terenów. Kolejny, ciekawy punkt. Nie da się nie zauważyć miejscowego folkloru oraz przypowieści. Splecenie tych aspektów sprawia, że książkę czyta się z zapartym tchem. Autor przekonał mnie do zainteresowania się tym rejonem Polski, który wcześniej pomijałam. Nie wiem czy od razu ruszę na zwiedzanie, opowiedziana historia jest naprawdę przerażająca.

Oczywiście nie obyło się także bez minusów. Ja zawsze muszę coś znaleźć. Pierwszy i podstawowy, w mojej ocenie, to główni bohaterowie, a konkretnie ich relacje. Są tak sztuczne. Dawno nie spotkałam się z postaciami, od których aż tak trącałoby niechęcią. Ich kontakty są nierealne oraz wymuszone. Jakby byli parą znajomych, a nie osobami tworzącymi romantyczny związek. Bardzo męczyłam się podczas czytania ich wewnętrznych rozterek, które często były śmieszne. Wszystko czytało się bardzo topornie. Zdecydowanie obyłabym się bez nich. Drugim, nie do końca minusem, są opisy. A konkretnie szczegółowe opisy okolic oraz wszystkich przeżywanych wydarzeń. Jakby autor nie zostawiał nic wyobraźni czytelnika. Ok, lubię jak twórca przedstawia to co się dzieje w książce, ale nie do najmniejszego szczegółu.

Atmosfera „Gałęzistego” jest tak wyjątkowa, że nie daje o sobie zapomnieć. Jestem totalnie zakochana w wyobraźni autora. Wiem, że chcę więcej i więcej. Nie mogę się doczekać, co jego pokrętny umysł jeszcze zaserwuje. Czytanie twórczości Artura Urbanowicza jest jak cudowna katusza. Tak, dobrze czytacie. Czasem coś denerwuje, ciągnie się jak flaki z olejem, doprowadza do szału, ale ostateczne wyjaśnienie rekompensuje wszystkie cierpienia. Mój masochizm został zaspokojony w nadmiarze. Wpisuje nazwisko twórcy wysoko na swojej liście: do czytelniczego prześladowania. Autor, który przywrócił mi wiarę w polski thriller z elementami horroru oraz paranormalnych odniesień. Treść potrafi przyprawić
o szybsze bicie serca. Nie obyło się bez wielu elementów, gdzie jest po prostu strasznie. Można powiedzieć: Cud, miód. Wiem, że ta recenzja wydaje się lizodupstwem i motylkami oraz tęczą szczęścia. Trudno, taka jest prawda. Nie potrafię napisać inaczej. Kiedy coś jest dobre, to jest warte zainteresowania.

Mam wielką nadzieję, że dacie szansę Arturowi Urbanowiczowi
i „Gałęziste”. Jest to dobry przedstawiciel gatunku, który zasługuje na uwagę. Brakuje mu trochę do mistrzów, takich jak np. King, ale zapowiada się wyśmienicie. Chciałam zwrócić uwagę na fakt, że jest to debiut pisarki. Pierwsza książka? Jestem w szoku jaka jest dobra. Boję się co będzie dalej. Ok, bardziej ekscytuję. „Gałęziste” mimo braków, strasznie wciąga oraz przyciąga przedstawioną tematyką. Jestem na wielkie tak.






Moja ocena: 5,5/6









Za książkę chciałam podziękować autorowi, który chyba podskórnie wiedział, że jestem masochistką i spełni moje horrorowe fantazje. Dziękuję za dedykację. Za możliwość przeczytania, chciałam również podziękować Oli z bloga Stan: Zaczytany, bez której nie miałabym możliwości poznania tej cudownej książki. Kochana, robisz tak wiele dla innych :*


Czy recenzja przekonała moje sowixy do przeczytania książki? Powiedzcie czy jesteście gotowi na wycieczkę
i zwiedzanie suwalskich lasów?
Czytaj dalej »

środa, 24 maja 2017

Sowie opowieści #40 Jakub Ćwiek - Grimm City. Bestie


Szybkie informacje na wstępie. Dwie lub trzy najbliższe recenzje będą bez zdjęć. Mój aparat zwariował i muszę czekać jak mój przejdzie. Jak tylko wyzdrowieje, to dodam zdjęcie do recenzji. 

Recenzja powstała dla portalu Polacy nie gęsi i dzięki uprzejmości założycielki Julity Sobolewskiej. Niestety portal został zamknięty, ale dostałam zgodę na upublicznienie u siebie, wszystkich napisanych przeze mnie recenzji. 


Mroczne ulice, ciemne zaułki, mafijne potyczki i porachunki między zwaśnionymi rodzinami – tak przedstawia się tytułowe miasto. Grimm City, kojarzy się z gangsterką przełomu lat 20. i 30. Karabiny maszynowe, kasyna, duże pieniądze, jazz oraz kapelusze z szerokim rondem, to znaki tamtych czasów. Na każdym kroku trzeba się pilnować, ponieważ nie wiadomo kto jest przyjacielem, a kto wrogiem. Każde spojrzenie wydaje się oceniające, a ukradkowe uśmiechy wzbudzają wahanie oraz niepewność. Nikt nie wie, kiedy nastąpią wystrzały broni i trzeba będzie uciekać by ratować życie. Jakub Ćwiek, w najnowszej powieści, kreśli przed czytelnikiem ciężki i przesiąknięty dymem oraz krwią klimat.

Fabuła
Czas na przyjście Bestii… A konkretnie jednej z nich, Emeth’a Braddock’a. Boksera, który przyjął sobie za punkt honoru ochronę dzielnicy. Musi współpracować z inspektorem Evansem nad schwytaniem pewnego psychopaty
o pseudonimie Drwal. Dochodzenie w jego sprawie jest ważne, jednak w obliczu dziejących się obecnie wydarzeń, spada na dalekie miejsce priorytetów policji. Głowa mafijnej rodziny zostaje zamordowana, a mieszkańcy miasta szykuje się na walkę o władzę. Kto zwycięży w tym starciu? Czy Drwal zostanie schwytany?

Moim zdaniem
Witajcie w świecie czarnego kryminału okraszonego lekką nutką fantastyki. W powietrzu czuć lekki powiew magii Grimm City. Czy w tak zdeprawowanym mieście, dwóch stróżów prawa poradzi sobie z wyjaśnieniem zagadki? Wszak, tutaj zbrodnię można spotkać na każdym kroku. W mrocznym mieście ma odbyć się niecodzienny proces. Będzie najszybszy w dziejach Grimm City. Zginął jeden z przywódców mafijnej rodziny, przez co emocje sięgają zenitu. Wszyscy chcą udowodnić swoją niewinność i okazać wparcie rodzinie zmarłego. Tożsamość potencjalnego sprawcy jest trzymana
w tajemnicy.
Świat wykreowany w „Grimm City. Bestie” jest mroczny, brutalny i przerażający. Autor w bardzo interesujący sposób przedstawił klimat mafijnego środowiska. Elementy fantastyczne dodają tajemniczości przedstawionym wątkom. Podczas czytania czułam się jakbym trafiła do świata, w którym pomieszano „Ojca chrzestnego” z „Sin City”. Widać, że autor inspirował się nazwą filmu podczas tworzenia tytułu książki: Grimm City – Sin City. Przedstawiona historia jest ciężka, ale pisana z wielkim wyczuciem. Widać, że autor bardzo dobrze czuje się w przedstawionych przez siebie klimatach, a treść książki poparta jest dokładnym research’em. Jest to drugi tom serii. Muszę przyznać, że w tej odsłonie twórca przedstawił wątki, które są jeszcze lepsze, niż te z pierwszej części. Idealnie wpasowują się w wykreowany świat. Autor piszę bardzo wyraziście. Nie podaje czytelnikowi wszystkiego na tacy, ale tworzy wiele aluzji oraz niedopowiedzianych odniesień. Styl twórcy jest bardzo specyficzny i albo się go kocha albo nienawidzi. Stworzył powieść, która nie przypasuje fanom lekkich opowiastek z ciemnością w tle.
Bohaterowie mają silne charaktery oraz są wyraziści. Skupiłam głównie uwagę na śledztwie Braddock’a i Evans’a. Wspólne prowadzenie dochodzenia wcale nie jest proste, szczególnie gdy ma się odmienne charaktery. Do ich drużyny dołącza Becca, piękna córka boksera. Dziewczyna ma prywatne pobudki, aby rozwiązać sprawę. Zespół niejednokrotnie decyduje się na kompromisy, aby dowiedzieć się prawdy.
Oprócz oczywistych zalet, książka ma także wady. Mnogość wykreowanych postaci przyprawia o niemały zawrót głowy. Czasem musiałam przewracać kartki wstecz, aby upewnić się o kim tak naprawdę czytam. Czy ta postać była już wcześniej? Jest to jeden z elementów, które zdecydowanie przeszkadzają podczas czytania. Lektura powinna płynnie posuwać się dalej, a nie wprowadzać zastój czy zamęt. Nie tylko postaci jest wiele. Autor wprowadził liczne wątki i co chwile między nimi przeskakuje. Przez taki zabieg ciężko jest zapamiętać wszystkie szczegóły. Jak okazuje się na końcu powieści, są ważne, ale po prostu nie sposób ich zapamiętać. Naprawdę próbowałam nad wszystkimi nadążyć. Wykreowane historię są ciekawe, ale bardzo przeładowana fabuła częściowo zabija radość z czytania.
Na uwagę zasługuje wnętrze książki oraz jej oprawa graficzna. Ciemne ilustracje czy wstęp do każdej części, wprowadzają czytelnika w mroczną atmosferę książki. Są ciekawym urozmaiceniem czytania. Okładka zdradza mały element świata, który znajduje się w środku. Żółty latawiec z czerwonymi wstążkami jest jedynym elementem kolorowym frontu. Wszystko składa się na spójną całość i prezentuje klimat miasta, które powstało na ciele olbrzyma.
Podsumowując, książka nie jest bez wad. Przed tym jak czytelnik sięgnie po tekst, musi się z nimi liczyć. Powieść wpasuje się w gusta fanów twórczości Jakuba Ćwieka. Nie pogardzą nią również, entuzjaści machlojek oraz klimaty noir. Specyficzna atmosfera, ciągnie się od pierwszej strony, aż do zaskakującego końca. Książka nie plasuje się na liście moich ulubionych, jednak jest dobrym, polskim przedstawicielem gatunku. Nie tak wspaniałym jak dzieła Borisa Viana czy Patricii Highsmith, ale seria dobrze się zapowiada. Szczególnie, jeśli w dalszych częściach będzie jeszcze więcej makabrycznych wątków
Moja ocena: 5/6

I jak sowixy. Co sądzicie o najnowsze powieści Jakuba Ćwieka? Podoba Was sie klimat noir?
Czytaj dalej »

środa, 17 maja 2017

Sowie opowieści #39 Leigh Bardugo - Królestwo kanciarzy



Szybkie informacje na wstępie. Dwie lub trzy najbliższe recenzje będą bez zdjęć. Mój aparat zwariował i muszę czekać jak mu przejdzie. Jak tylko wyzdrowieje, to dodam zdjęcie do recenzji. 


Tekst powstał dla portalu Polacy nie gęsi i dzięki uprzejmości założycielki Julity Sobolewskiej. Niestety, ukochane przeze mnie miejsce, zostało zamknięty, ale dostałam zgodę na upublicznienie u siebie, wszystkich napisanych przeze mnie recenzji. 



Leigh Bardugo to pisarka, która w fantastycznym świecie porusza się z wielką finezją. Każda jej nowa książka wywołuje niemały zamęt. Dlaczego? Ponieważ kreślone przez nią historie są unikatowe i wyróżniają się na tle już tych wydanych. Powieści z serii „Szóstka wron”, należą do cyklu – dylogia. Każdy tom to zamknięta historia i nie trzeba znać wcześniejszych pozycji, aby móc zagłębić się w treść. „Królestwo kanciarzy” zabiera czytelnika do świata Kaza Brekkera i jego towarzyszy. Jakie przygody czekają na bohaterów serii? O tym przeczytacie w opinii.



Fabuła

Kaz Brekker i jego współpracownicy przeprowadzili akcję, która była, dosłownie, nie do wykonania. Nikt inny nie miałby odwagi się jej podjąć. Niestety zapłata, obiecane trzydzieści milionów kruge, po wykonaniu misji nadal znajduje się u kupca. Na domiar złego przetrzymuje on również jednego z członków grupy. Wrony są osłabione oraz czują się zdradzone. Muszą walczyć o przetrwanie oraz fundusze, które pomogą im na powrót do branży.

Zamieszki na ulicach wprowadzają zamęt. Nikt nie czuje się bezpieczny. Czy ekipa Kaz'a stanie po stronie zwycięzców? Czy uda im się kolejny raz dokonać niemożliwego? Jak w chaosie odbudować stracone zaufanie oraz wyjść obronną ręką?



Moim zdaniem

Z niecierpliwością czekałam na drugi tom: „Szóstki wron”. Pierwsza książka sprawiła, że chciałam więcej. Zasługą tego jest styl pisania autorki. Leigh Bardugo tworzy na kartach swych powieści miniaturowe dzieła sztuki. Każdy wątek jest dopracowany do perfekcji, myśli ubrane w słowa tak, że czuje się kunszt władania piórem. Plusem stylu jest podejście do zagadnień. Autorka potrafi przemycić do książki wiele tematów, które nie są ze sobą powiązane, a na końcu magicznie się scalają. Przeplata dynamiczne i te nacechowane stoicyzmem. Treścią dzieła zwodzi na każdym kroku. Kiedy czytelnik myśli, że zna dalsze losy bohaterów, następuje zmiana o 180 stopni. W takich momentach siedziałam z wielkimi oczami i czekałam na dalszy rozwój wydarzeń. Twórczyni podsyca zainteresowanie odbiorcy. Jedni twierdzą, że to dobrze, a inni wręcz odwrotnie. Dla mnie ta unikatowość jest warta zauważenia, nawet jeśli trzeba się przy tym mocno wysilić.

W „Królestwie kanciarzy”, wroni gang liczył na chwilę spokoju. Po wydostaniu się z Lodowego Dworu, obiecano im sowitą wypłatę oraz odpoczynek. Mimo wykonania zadania, zostali wystawieni do wiatru i teraz muszą walczyć o swoje. Kaz, Nina, Jesper, Wylan i Matthias starają się odbudować ekipę, tylko po to, by znowu być na szczycie. Jednakże aby tak się stało, muszą odbić Iney. Niestety to nie będzie takie proste. Zjawa jest dobrze strzeżona, ale gang nie musi się martwić. Kaz Brekker dopracował plan ratunkowy do perfekcji, włącznie z wyjściem awaryjnym. Żeby nikomu nie było za łatwo, miasto Ketterdam, w którym rozgrywa się akcja książki, powoli staje się terenem bitwy. Z całego świata zjeżdżają najgroźniejsze zbiry, aby pozyskać pewien narkotyk. Problemy mnożą się, a jednym z nich okazuje się znikający z ulic griszowie. Jedynym wyjściem z sytuacji staje się ukrywanie własnego „ja”.

Plusem lektury są dobrze wykreowane postaci. Każdy z nich dysponuje indywidualnymi cechami, które łatwo wyłapać podczas zagłębiania się w treść. Widać, że protagoniści ewoluowali w odniesieniu od czasu „Szóstki wron”. Narracja prowadzona jest z punktu widzenia różnych osób. Dzięki temu można rozszyfrować motywy działań gangu oraz to, jak czasem jest ciężko osiągnąć względny spokój. Przebyte doświadczenia rozwinęły ich charaktery. Kaz, jako przywódca, zmaga się w wieloma rozterkami. Wątpliwości dopadają go w najmniej odpowiednich chwilach, a musi przecież poprowadzić bandę. Po przezwyciężeniu słabości, odkrywa w sobie nowe siły i pokazuje na co go, tak naprawdę, stać. Dzięki twardemu charakterowi, hardości oraz mrocznej osobowości jest w stanie dokonać wszystkiego. Podejmuje decyzje, które są często nieakceptowalne i ponosi wynikające z nich konsekwencje. Można powiedzieć, że jest to postać negatywna wprowadzająca wiele wątpliwości, a jego czyny nigdy nie są usprawiedliwiane. Wylan, rozwija skrzydła. Staje się prawdziwym członkiem ekipy, a autorka wreszcie poświęca mu więcej uwagi aniżeli w pierwszej części. Inej, to znowuż twarda kobieta, która wie czego chce. W „Szóstce wron” jej losy nakreślono dość zawile, ale w „Królestwie kanciarzy” czytelnik odkrywa, że wszystko może poskładać się w klarowną całość. Postacie Mathhiasa oraz Niny - rozczarowują. Rosnące między nimi uczucie jest mdłe i budzi wątpliwości. Mężczyzna stał się dość bezbarwny i nudny. Jesper nadal jest sobą - zwariowanym rewolwerowcem, dla którego kasa to ważna sprawa. Podczas czytania zapomina się, że kreacje tak naprawdę mają ok. siedemnaście lat. Zachowują się jakby mieli więcej, najmniej dziesięć lat. To, co przeszli w swoim krótkim życiu, wywołuje współczucie, a nawet i zdziwienie.

Nic jednak nie może przedstawiać się w wiecznie różowych barwach. Pisałam o plusach, teraz czas na minusy. Mimo że styl autorki jest bardzo dobry, to zbyt duża ilość obco brzmiących nazw – przytłacza. Sytuacja pogarsza się, kiedy czytelnik nie ma zbyt dobrej pamięci do imion. W „Królestwie kanciarzy”, tak samo jak w poprzednim tomie, są one skomplikowane. Kolejnym minusem, który rzuca się w oczy, jest zbyt niski wiek bohaterów ustosunkowany do „bagażu życiowego”. Wiem, że ich życie nie jest usłane różami, jednakże sporo sytuacji przerysowano. Myślę, że Leigh Bardugo chciała pokazać wpływ negatywnych zdarzeń na zachowanie. Odczuwam, iż przesadziła ze zbyt sporym dramatyzmem. Przez to dzieło traci na realizmie. Następnym minusem są przytępione opisy przemocy, które w takiej historii mogłyby zostać bardziej rozwinięte. Jakby twórczyni, w którymś momencie przypominała sobie, że lekturę tą przeczytają też nastolatki. Namiętne uniesienia i agresywność jest mało znacząca. To do końca nie jest złe, ale w wielu scenach aż się prosi o rozwinięcie. Poczułam się lekko oszukana i miałam spory niedosyt. Kolejnym minusem to spłycanie wątków. Autorka niepotrzebnie podjęła się rozwijania wielu, różnych tematów. Oczywiście wszystko ma sens, ale część motywów potraktowana jest po macoszemu. Uważam, że jest to krzywdzące dla czytelnika, który oczekiwał czegoś więcej, aniżeli strzępek informacji. Dodatkowo – zakończenie, które zaskakuje -
w negatywnym znaczeniu, oczywiście. Treść zapowiadała, że poczuję smutek i zacznę tupać nogami z rozpaczy. Ostatecznie czułam, że jest mi przykro, ale nic więcej. Nie wiem dokładnie, co miało na to wpływ. Podejrzewam, że Leigh Bardugo na samym końcu zbyt słabo stopniowała napięcie. Kolejny raz jestem zdania, że pospieszyła się i nie dała sobie czasu na dopracowanie fabuły.

Nagłe zwroty akcji podsycają napięcie lektury. Poczucie humoru przedstawione w książce, sprawiło, że się odprężyłam. Na uwagę zasługuje szata graficzna dzieła. Wydawnictwo MAG wykonało kawał dobrej roboty. Twarda oprawa, czerwone zakończenie kartek oraz ciekawa okładka, przyciągają uwagę i są spełnieniem marzeń każdego literackiego maniaka.


Tytuł jest ciekawą propozycją, która na pewno wyróżnia się na rynku wydawniczym. Nie doszukiwałabym się
w książce predyspozycji do miana arcydzieła. Jest to miła propozycja, która urozmaici wieczory. Mimo minusów, historia jest intrygująca. Warto zapoznać się z wykreowanymi bohaterami. Wkradają się do umysłu i nie chcą z niego wyjść. Można powiedzieć, że będę za nimi tęsknić. Książka jest bardzo dobra, jednak oczekiwałam czegoś więcej po świetnej „Szóstce wron”. Trochę zabrakło magii pierwszej części. Niedopracowanie niektórych szczegółów rzuca się w oczy. Cała historia zasługuje na odpowiednie przemyślenie. Polecam przeczytać. Jednak jako jedna z czytelniczek czuję niedosyt czaru Leigh Bardugo.  


Moja ocena: 4/6

Czy sowixy znają twórczość Leigh Bardugo? Lubicie, a może Was odpycha?
Czytaj dalej »