niedziela, 8 kwietnia 2018

Sowie opowieści #66 Iga Wiśniewska - Przebudzona


Urban fantasy to mój ulubiony gatunek. Wiem, że nie powinno się nikogo ani niczego faworyzować, ale taka jest prawda. Obojętnie czy sięgam po rodzimych autorów czy po zagraniczne dzieła, moja dusza się raduje, a uśmiech nie schodzi z twarzy. Ok, są lepsi i gorsi przedstawiciele, ale ostatecznie zawsze kończę powieść zadowolona. 

Zachęcona pozytywnymi reakcjami, postanowiłam sięgnąć po twórczość Igi Wiśniewskiej. W ramach prywatnej akcji: bo polskie nie jest takie złe, zasiadłam do serii. I muszę przyznać, że mój kontakt z Przebudzoną wspominam bardzo dobrze. Koniec lania wody, przejdźmy do recenzji. 
Tak naprawdę wszyscy jesteśmy samotni. Rodzimy się sami, żyjemy sami, potem umieramy i nie żyjemy. Też sami.
Przebudzona to drugi tom serii Wolne Miasto Rades. Nikt już nie jest bezpieczny. Księżyc nie gwarantuje spokoju. Ulice pustoszeją, a wszyscy chowają się w swoich domach. Niebezpieczna bestia wychodzi na ulice i poluje na ludzi, a nieznany morderca zabija paranormalnych. 

Władca zmiennokształtnych, David, chce rozwiązać zagadkę obu zbrodniarzy i odkryć czy sprawy są ze sobą powiązane, a czas ucieka. Kolejna pełnia jest coraz bliżej. Musi zebrać zespół, który pomoże mu wyjaśnić zagadkę. Niestety nie wszyscy są skorzy do pomocy. Co wyniknie z połączenia zupełnie różnych osób? Czy uda im się odkryć, kto zabija? I najważniejsze – czy Wolne Miasto Rades nareszcie będzie bezpieczne? 


Iga Wiśniewska, kobieta, która pokusiła się o wydanie serii Wolne Miasto Rades, urodziła się w 1994 roku, w Kielcach. Studiowała w Lublinie, na koncie ma dwa licencjaty oraz kilka wydanych tytułów. Uwielbia zabijanie bohaterów książkowych, czyżby drugi Martin? Pasjonatka mocnych brzmień, kultury rosyjskiej i ciepełka. I to właśnie ona sprawiła, że uwierzyłam w polskie urban fantasy. Dała mi szansę na podtrzymanie wewnętrznej radości. 

Kolejny raz! Tak, Iga znowu dała nam ciekawy tom, który czyta się z zapartym tchem. Jeden wieczór i po sprawie. Jest to jednocześnie smutne i radosne. Jeśli spojrzy się na szybkość pochłaniania tekstu, wtedy się wie czy coś jest dobre. Tu jest naprawdę zacnie. Autorka bogato opisuje wykreowany świat, nie zapomina o żadnym szczególe. Każda sytuacja jest realistyczna. Można przyczepić się do sporych rozmiarów opisów, ale w tym przypadku naprawdę nie wadzą. 

Twórczyni, w swoje dzieło wplotła bardzo dużo odniesień, zapożyczeń oraz wierzeń, które sięgają nawet mitologii. Zrobiła to jednak w zupełnie inny sposób, niż znani autorzy. Podczas czytania nie czułam jakbym spotkała się z utartymi schematami, wręcz przeciwnie. Przebudzona, jak i pierwszy tom Przeklęta, to nowatorskie podejście do tematu. Niczego nie można być pewnym. To co wiemy, nie ma racji bytu. I to jest właśnie piękne, ponieważ nie ma nic gorszego niż przewidywalność, którą spotyka się w dzisiejszych czasach. Aż się odechciewa czytać coś nowego. 
Przez chwilę prowadziliśmy pojedynek na spojrzenia, który w rzeczywistości był walką o dominację. Powietrze wokół nas zgęstniało, poziom agresji podskoczył. Wystarczył jeden ruch, żebyśmy rzucili się sobie do gardeł.
Mimo że jest to drugi tom, to można go czytać, bez znajomości pierwszej części. Oczywiście, umknie wtedy parę smaczków i możliwości lepszego wniknięcia w fabułę, ale nie jest to jakieś upierdliwe. Co do akcji, to uderza od pierwszych stron. Tempo jest naprawdę szybkie, ponieważ fabuła jest dobrze dopracowana. Nie wyłapałam jakiś sprzeczności czy uchybień. Spotkałam się jednak z czymś, to uradowało mnie ponad miarę. Romans nie jest głównym wątkiem! Nie ma tu miejsca nie wielkie poświęcenia, w imię dobra ukochanej osoby. Ok, każdy lubi czytać o miłości, ale nie powinna ona przysłaniać kluczowych wątków. Romans jest subtelny, lekko uzupełnia treść i pozwala działać wyobraźni. Podoba mi się ten zabieg, ponieważ relacje bohaterów podnoszą temperaturę, pozostawiają niedosyt i chęć na więcej. 


Widać, że autorka się rozwija. Sięga po coraz odważniejsze zabiegi literackie. Jej język nabiera głębi, charakteru i dużej ilości odniesień. Dialogi są plastyczne, wypełnione humorem. Nie da się nie śmiać, kiedy się je czyta. Wykreowany świat jest dynamiczny, pełny ciekawych postaci, bogato opisany z nutką mroku. I oczywiście, kolejny raz, zakończenie daje szansę na kontynuację. Mam nadzieję, że tak będzie, ponieważ coraz bardziej wtapiam się w świat Igi Wiśniewskiej. Nie chce przegapić niczego, co napisała. Jej styl jest lekki, przystępny oraz wciągający. 

Bohaterowie są wyraziści i nie ma tu miejsca na rozlazłych typków. Podoba mi się opowiadanie fabuły przez więcej, niż jedną postać. Można lepiej poznać świat książki oraz odkryć powody obecnego stanu rzeczy. Cudowne jest to, że przy tak bogatej obsadzie, nie da się pogubić. Czasem mam z tym problem, kiedy narracja jest prowadzona przez wiele osób. Tutaj wszystko jest płynne, historie się przenikają. Postacie opisane są dokładnie i nie ma żadnych faworytów. Kłębowisko różnych osobowości, daje wiele radości. 
Każdy wilkołak aż za dobrze rozumie, co przeżywa kobieta przed okresem. Gdy nadchodzi pełnia, czujemy się podobnie – rozdrażnieni, niekontrolujący gniewu i agresji.

I co ja mogę wam napisać na koniec? Oczywiście, że polecam. Kawał dobrego urban fantasy, którego kolejny tom ląduje na liście top! I ja wiem, dla mnie to też jej szok - w moim sercu gości polska autorka. I nie będę wybrzydzać tylko gorliwie czekać na kolejna książkę, pełną akcji, humoru i ciekawego otoczenia, od którego nie chce się uciec. Polecam z całego serducha. 


Moja ocena: 5/6

Za książkę dziękuję autorce oraz wydawnictwu Lucky.
Czytaj dalej »

środa, 14 lutego 2018

PRZEDPREMIEROWO Sowie opowieści #61 Blair Holden - Bad Boy's Girl


Książki młodzieżowe, to jeden z moich ulubionych gatunków. Mimo że młodzieńczy okres dawno za mną, to zawsze sięgam po romantyczne młodzieżówki. Nie potrafię się oprzeć porywającym przygodom, kiełkującym namiętnościom i szybszemu biciu serca podczas czytania o pierwszej miłości. Jest jeszcze lepiej, kiedy nienawiść przeradza się w miłość. W to mi graj! Czuję się wtedy jak bohaterka i z wypiekami na twarzy przeżywam za nią kolejne uniesienia. Czy w przypadku Bad Boy's Girl też tak było? Zapraszam na moje przemyślenia odnośnie tomu w żółtej okładce. 

To co właśnie zrobiłam, jest tak bardzo wbrew mnie, że... O rany. Udało mi się oblać sokiem gościa, który znany jest bardziej ze swojej mściwości niż związków z kolejnymi laskami. Wsadziłam kij w mrowisko i mrówki już się zbierają, żeby ugryźć mnie w tyłek.
Na początku rzućcie okiem na zarys historii. Tessa O'Connell marzy o spokoju. Chce spokojnie przeżyć dzień za dniem. Niestety nie jest jej to dane. Dawna przyjaciółka obrała ją sobie za cel. Chce uprzykrzyć Tessie życie do granic możliwości. Zaślepią ją dzika furia. Zaczęła nawet chodzić z obiektem uczuć głównej bohaterki - Jay'em. Sprawy nie zmieniła jej zewnętrzna metamorfoza. Dziewczyna, w środku, nadal jej zastraszoną i otyłą osobą. 

Kiedy nie może już być gorzej, wraca Cole. Chłopak, który dręczył dziewczynę całe życie oraz brat przyrodni Jay'a. Tessa boi się kolejnej konfrontacji, wystarczy jej jeden dręczyciel. Co zmieni Cole w jej życiu? Czy będzie tak źle, jak sobie wyobraża? Czy Jay nareszcie ją dostrzeże? 

To by było na tyle, w sprawie wstępu. Kiedy zaczęłam książkę, byłam pełna dobrych myśli. Tłamszona dziewczyna, wielki bad boy i uczucie. Całość dopełnia przemiana głównej bohaterki i wydawnictwo, które jest bliskie memu sercu. Czytałam, czytałam i czytałam, a po skończeniu czuje się rozczarowana. Nie jest może bardzo przejmujące wrażenie, ale jednak istnieje. Jakoś to wszystko nie wyszło tak, jak powinno, ale przejdźmy najpierw do dobrych rzeczy. 

Pomysł. Nie jest nowatorski, ale ma elementy, które go wyróżniają. Zastraszona dziewczyna, która pod wpływem powrotu dawnego dręczyciela zaczyna odkrywać swoje mocne strony. Jej przemiana jest dostrzegalna ze strony na stronę. Autorka bardzo dobrze pokazała, że przy odpowiednich bodźcach można zmienić swoje życie na lepsze. Dostrzec co jest w życiu ważne, a czym nie warto się przejmować. 

Z trudem powstrzymuje się od jęku, widząc, jak Cole, papierowym ręcznikiem wyciera brzuch, i prawi mdleję, podziwiając jego ośmiopak. O jasna cholera! OŚMIOpak!
Zmiany bohaterów, bo nie tylko Tessa przeszła transformację niczym Power Rangers. Niewielkie potknięcia, w dużej ilości, potrafią zmienić najtwardszą osobę w przerażoną istotę. Szczególnie dobrze widoczne było to w przypadku Nicole, która sądziła, że jest niezniszczalna. Podczas czytania widać, jakie ma lęki i że jej hardość to tylko fasada mająca na celu ich ukrycie. Tak samo było Jay'em. Złoty chłopiec, postrzegany jako bóstwo, ma dużo rys na swoim szlachetnym charakterze. Najlepsze przyjaciółki Tess - Megan i Beth, zaczęły wychodzić z cienia i pokazywać swoją siłę oraz ciekawe charaktery. Nie można zapomnieć również o Cole'u, który jest zupełnie inny, niż wszyscy sądzą. 

Styl. Mimo że często miałam ochotę rzucić książką, to coś mnie do niej przyciągało. Autorka poruszała ważne tematy, ale pisała w bardzo przystępny oraz lekki sposób. Często przejmujący, że aż stawały mi łzy w oczach. Książka jest prowadzona w bardzo różny sposób. Ma dużo humoru, ale też ogromne ilości momentów, gdzie wzruszenia biorą górę. Emocjonalna petarda – tak najlepiej można ją opisać. Obojętnie czy człowiek śmieje się czy płacze, to brnie w tym obłędzie i przewraca kolejne kartki. 

Wielotorowe prowadzenie powieści. Podobało mi się, że autorka nie skupiła się tylko na jednym przypadku. Wprowadziła wiele ciekawych sytuacji, które zostały dogłębnie przedstawione, a nie tylko zarysowane. Dzięki takiemu zabiegowi, można lepiej poznać bohaterów drugoplanowych, którzy wprowadzają naprawdę wiele do książki. 

Główna bohaterka. Jej charakter zakwalifikowałabym do tak zwanej cichej wody. Jest nieśmiała, zakompleksiona i musi codziennie zmagać się przeciwnościami losu. Nie tylko w szkole, ale również w domu. Jej rodzice to dobrzy ludzie, ale bardzo zagubieni. Zabiegani, dążący do perfekcji, nie dostrzegają tego, co jest ważne. Wraz z rozwojem fabuły to się zmienia, ale nie na tyle, żeby nazwać ich odpowiedzialnymi rodzicami. Szczególnie tyczy się to matki. Główna bohaterka musi radzić sobie z domową nie sielanką i szykanami w szkole. Jest zabawna, urocza oraz pomocna, ale mało osób o tym wie, ponieważ wolą widzieć w niej obiekt drwin. Myślę, że niejedna osoba utożsami się z problemami Tessie i poczuje do niej sympatię. To taki typ, z którym człowiek od razu chce się zaprzyjaźnić. Chyba, że jest się koszmarną zołzą. 

Relacja Cole i Tess jest urocza, chwytająca za serce. Od razu przychodzi na myśl powiedzenie: kto się czubi, ten się lubi. Po powrocie Cola, ich kontakty to istna słodycz, która podbije serce każdej romantyczki. Nieśmiałe przepychanki i słodkie kłótnie. Tak właśnie zaczyna się ich przygoda. Z czasem oczywiście ewoluuje, co przynosi raz dobry efekt, a za chwile wzrost poziomu frustracji u czytelnika. 

Za moment go uduszę. Przysięgam, jeśli jeszcze raz rozewrze ten swój parszywy otwór gębowy...
Najgorsze w książce Blair Holden jest to, że zalety szybko mogą przejść w wady. Charakter Tessy jest cudowny, ale często wychodzi z niej płaczliwa dziewczynka, która ma skłonności do przesady. Oj tak, nie zliczę ile razy miałam ochotę nią potrząsnąć. Robiła z siebie dziewicę do uratowania, kiedy to w łatwy sposób mogła sobie poradzić, a nie czekać na ratunek przez księcia. W takich momentach miałam ochotę ją udusić, bo gdzie podziała się moja fajna bohaterka, która miała trafić do kanonu best of the best? Jej dowcip ustępował płaczliwości. Ok, miała wiele momentów, kiedy to życie jej się zawalało, ale stawała się też beksą przy najmniejszym potknięciu. Można wiele zrzucić na karb nastoletnich hormonów, ale nie wszystko. 

Postać Cola też miała swoje słabe momenty. Jak sam tytuł wskazuje, miałam dostać rasowego bad boya, który jest hardy, twardy i nie do pokonania! Dlaczego tego nie było? Z biegiem fabuły stawał się miękkim chłopcem zazdrosny o wiele głupot. Come on! Dlaczego postać złego chłopca tak ewoluuje? Ostatnio mam wrażenie, że ten typ postrzegany jest jako żelazny osobnik o żelkowym środkiem. Tak po prostu nie powinno być. Od samego początku widać, że Cole taki nie jest. Zakręcony? Owszem! Inny? Oczywiście! Ale na pewno nie bad boy. 

Absurdalność niektórych sytuacji potrafi przyprawić o ból głowy. Mimo że książka napisana jest w sposób realny, to nie zabrakło również dziwnych scen, które zaburzają to odczucie. Jak za pstryknięciem palców, nieśmiała dziewczyna zamienia się w łamaczkę męskich serc i obiekt westchnień płci przeciwnej. Halo? Przecież przed chwilą nikt nie zwracał na nią uwagi. Nawet po tym, jak dużo schudła. Albo poczucie, że Cole na pewno jest wierny i nic złego nie zrobi, a w następnej scenie – on mnie już nie chce, na pewno woli inne. To niemożliwe żeby mnie chciał. Jak wspominałam, rozumiem młodzieńce wahania nastroju, ale w niektórych momentach były przerysowane, aż do mdłości. 


Nie wiem czy to do końca wada, ale można tak to zaklasyfikować. Przyłapałam się na tym, że zamiast czytać o głównych bohaterach, wolałabym lepiej poznać postacie drugoplanowe. Czy coś jest ze mną nie tak? Moimi faworytami stali się Beth i Travis. Ich podejście do życia oraz realne problemy sprawiły, że książka nabierała ciekawej głębi. Nie będę ukrywać, że sto razy bardziej polubiłam Beth, niż Tessie. 

Podsumowując. Mam duży problem z oceną powieści. Sami widzicie, że to wcale nie jest takie proste. Książka podobała mi się, ale miała również dużo wad, które wadziły przy odbiorze całości. Wiem, że jest to powieść publikowana najpierw na Wattpadzie i nie liczyłam na cud. Patrząc na początkowe podejście, można powiedzieć, że miło się rozczarowałam. Mam nadzieję, że autorka, w następnych tomach, poskromi trochę poziom dramatyzmu i wszystko będzie lepiej się czytało. Zakończenie książki, jak i tył okładki, wskazują, że kontynuacja na pewno się pojawi. Jest to dobry debiut, który wymaga dopracowania, ale nie jest źle. Czekam żeby zobaczyć perypetie bohaterów na dużym ekranie. Tak, tak, będzie ekranizacja! 



Moja ocena: 4/6 

Znacie powieść Blair Holden, a może dopiero po nią sięgniecie? Za możliwość przeczytania książki przed premierą dziękuję Wydawnictwu Jaguar.

Czytaj dalej »

wtorek, 19 grudnia 2017

Sowie opowieści #56 Artur Urbanowicz - Grzesznik


Są takie powieści, które po prostu się czyta, odkłada i nic z tego nie zostaje. Kolejna, ulotna historia wylatująca z głowy zaraz po przeczytaniu. Wiem, że te powieści są też potrzebne, ale ja wole inne. Zostawiające rozpiernicz w mózgu i bardzo intensywnego kaca książkowego. Tytuł musi mną wstrząsnąć, rozbić mój świat na malutkie fragmenty, żebym musiała sama go poskładać. Takich tytułów chcę, oczekuje oraz tychże wypatruje.

I właśnie to dostaję, kiedy sięgam po książki Artura Urbanowicza. Myślałam, że nie może być lepiej niż w Gałęziste, ale Grzesznik to zupełnie inny level mocy. To coś trudnego do opisania, ale będę starała się oddać magię powieści. Moja książka 2017 roku. Arturze, znowu mnie zniszczyłeś...

Oczywiście, że zawsze znajdą się ludzie, którzy nie będą nas lubić. Ale ludzie wcale nie muszą nas lubić! Ważne, żeby się nas bali. To jest kluczowe.


Fabuła

Marek Suchy Suchocki jest gangsterem i to nie byle jakim. Boss suwalskich okolic. Każdy o nim słyszał, nikt mu nie poskoczy. Inaczej kara może być bardzo sroga. Wszystko się zmienia, kiedy powraca Gabriel Samiel Samielewicz. Wcześniej to on miał pod butem ziemie Suchego. Teraz chce je odzyskać. I tutaj zaczyna się cała zabawa. 

Marek z dnia na dzień traci wszystko. Najpierw zdrowie: zostaje zepchnięty ze schodów, ma poważny uraz głowy i tydzień leży w śpiączce. Reszta to równia pochyła. Traci swoich ludzi oraz wszystkie pieniądze. Ma dwie drogi wyjścia: praca dla Grzesznika lub śmierć. Ego głównego bohatera się buntuje, ale Samiel jest bardzo przekonywujący. Odczytuje każdy zamiar, myśl. Jest przebiegłym psychopatą, którego należy się bać. Strach wzrasta, kiedy Marek odkrywa u siebie nietypowe zdolności. Czy to przez wypadek? Jak postać ma poradzić sobie w nowej rzeczywistości?

Moim zdaniem
Ba dum tsy.... O wszyscy, którzy to czytacie i Ci na górze co wspieracie. Co to było? Jak to było? Gdzie? Co? Jak? Witajcie w moim świecie po przeczytaniu Grzesznika. Autentycznie myślałam, że Gałęziste zostawiło mnie z mindfuckiem na długi czas. Potem przychodzi sobie druga książka Artura Urbanowicza i... nic już nie jest takie samo.Powieść mnie zniszczyła. Artur Urbanowicz pokazał, że tak naprawdę nic nie wiem o czymkolwiek, a na pewno o przewidywaniu treści. Tam nic nie dało się brać za pewnik. Ba... Nawet sama końcówka sprawia, że ja naprawdę nie wiem co o tym sądzić. Jest taka niezamknięta. Jak się potoczą losy? Czy to jest dalej mara, a może rzeczywistość z nowym spektrum? 



Marek to brutalny mężczyzna, który nie przebiera w słowach. Dorobił się na gangsterce. Suwalszczyzna to jego teren. Pobicia, wymuszenia, kradzieże, pobieranie pieniędzy „za ochronę” to dla niego norma. Wspiera go grupa, która zabezpiecza tyły i pomaga w problemach. Ma żonę oraz dwójkę dzieci, ale nie przeszkadza mu to w przygodnych spotkaniach z kochanką. Bar o nazwie Beerma jest jego w miarę legalnym biznesem i jednocześnie przygrywką do innych działań. Główny bohater to bardzo pewny siebie człowiekiem. Uważa, że złapał Pana Boga za nogi, nic nie może zachwiać jego statusem. Do czasu kiedy wraca tytułowy Grzesznik. Wcześniejszy boss okolicy sukcesywnie zabiera Suchemu wszystko, co dla niego najcenniejsze. Wzbudza zaufanie oraz sprawia, że Marek zaczyna pracować dla niego.

Jest taka jedna mądrość ludowa: jeżeli co najmniej dwie osoby mają na coś inny pogląd niż ty, warto go zrewidować. Nie mówię, że zupełnie zmienić, ale chociaż przemyśleć.


Obaj mężczyźni są charyzmatyczni oraz pewni siebie. Główny bohater jest bardziej narwany. Łatwo można go wyprowadzić z równowagi. Często sadzi się do bójek. Grzesznik Samiel to osoba o dużym spokoju wewnętrznym. Wyzbył się wszelkich pokus, które mogłyby sprawić, że stałby się słaby. Nie dla niego alkohol, kobiety i inne używki. Potrafi w mig przejrzeć drugiego człowieka. Jakby czytał mu w myślach... Obie kreacje są bardzo dobrze nakreślone. Autor pokazał dwie, zupełnie inne osobowości. Różnica między nimi jest diametralna. 

W książce zaprezentowano ludzkie słabości. Jak pod wpływem konkretnych sytuacji, człowiek potrafi się dostosować i patrzeć na życie zupełnie inaczej. Bardzo przypadł mi do gustu ten motyw. Można odkryć wiele ciekawych rzeczy, nawet o sobie samym, poprzez reakcje na konkretne sytuacje. Dużo jest tu odniesień do moralności oraz wiary i religii. Wątki nie są nachalnie wciśnięte, raczej wplecione między serie wydarzeń. Dzięki takiemu zabiegowi, książka ukazuje drugi dno twórczości Artura Urbanowicza.

Najbardziej zaciekawiły mnie odniesienia do motywu hipokryzji. Głównemu bohaterowi nie przeszkadzały jego działania, jeśli jednak ktoś się tak samo zachował wobec niego – wpadał w szał. Stopniowo się to zmieniało, ale nie na tyle, żeby przedstawiło jego nowy światopogląd. Fakt - przeżyte sytuacje sprawiły, że spojrzał zupełnie inaczej na wiele aspektów, ale nadal pozostały stare ciągoty. 

Nie mogło również zabraknąć motywu opętania. Mam wrażenie, że paranormalne aspekty to stały punkt w twórczości autora. I bardzo dobrze. Pokazuje zupełnie inną stronę oklepanego wątku. Nie ukrywam, że jego wizja przypadła mi bardzo do gustu. Dlaczego? Ponieważ przeplata to wszystko z elementem tajemnicy oraz zaskoczenia czytelnika, kiedy odkrywa co się tak naprawdę dzieje. Było parę momentów, że normalnie aż zasysałam powietrze. Ale jak to? Przecież tak się dałam wyprowadzić w pole? Autor ma po prostu dar. Niektóre rzeczy da się przewidzieć, ale innych zdecydowanie nie. W Gałęzistym była na to większa szansa. Widać, że twórca się rozwija w temacie budowania napięcia. Tworzy coraz to nowe teorie. Aż strach się bać co będzie w następnej powieści...

Zauważyłeś, że w trakcie naszej edukacji uczy się nas mówić, pisać i czytać, ale w ogóle nie uczy się nas słuchać?


Grzesznik jest kryminałem, sensacją, powieścią grozy z paranormalnym wątkiem. Bardzo mocno bazuje na wierze, szczególnie chrześcijańskiej. Kuszenie oraz demoniczne siły są bardzo wyraźnie nakreślone. Autor dobrze ukazuje słabości ludzkiego charakteru. Naprawdę zmusza do myślenia i analizy własnego życia. Przynajmniej tak było w moim przypadku. Zastanowienie się nad dobrymi uczynkami. Czy tak naprawdę są one podyktowane empatią, a może przebijają przez nie egoistyczne pobudki?

Artur Urbanowicz pisze w sposób bardzo ciekawy, jednak opisowy. Jeśli nie lubicie dokładnego przytaczania – możecie mieć w pewnym momencie przesyt. Zauważyłam, że problem jest mniejszy, niż w przypadku Gałęziste. Poza tą jedną wadą, nie widzę żadnych innych. Twórca jest dla mnie jednym z najlepszych autorów takiego gatunku. Śmiem twierdzi, że najlepszy na rynku rodzimym. Nie da się oderwać od książki. Gdyby nie problemy ze sprzętem, lekturę skończyłabym jednym ciągiem. Historia jest z motywem paranormalnym, ale jednocześnie życiowa. Przedstawia prawdy, o których na co dzień zapominamy. Artur o nich sukcesywnie, krok po kroku, przypomina.

Ludzkie ciało to taki cudowny twór natury, że można je niszczyć i przyprawiać o nieznośny ból właściwie w nieskończoność. O ile robi się to oczywiście z odpowiednio długimi przerwami.


Uff... Z całego serducha polecam. Nie znam drugiego autora, który tak by wwiercił mi się w mózg. Może King, ale z trochę innego powodu. Twórca odczytuje moje lęki i za każdym razem przelewa je na papier. Arturze! Tak nie można. Niedługo się skończy skala srajtaśmy i co ja biedna pocznę? Przez twórcę nie staję tyłem do lustra, które wisi w przedpokoju. Ok, jest jedno, a nie cały korytarz, ale co tam. Strzeżonego... Podoba mi się również zabieg, który twórca zastosował na samym końcu. Odniósł się bezpośrednio do czytelnika i w prostych słowach zwrócił uwagę na niektóre elementy. Na pewno jeszcze raz przeczytam książkę. Nie potrafię już więcej napisać. Jestem przerażona, zachwycona oraz czekam na więcej. Wiem, po prostu wiem, że każda następna książka, będzie po prostu dobra. Ciemność już nigdy nie będzie taka sama. 


Ocena: 6/6 (czy ktoś miał wątpliwości?)

Za możliwość przeczytania e-booka dziękuję samemu autorowi, który chyba chce mnie wykończyć
Czytaj dalej »

poniedziałek, 27 listopada 2017

Sowie opowieści #55 Daniel O'Malley - Wieża [Przedpremierowo]



Są w życiu sytuacje, które potrafią zmienić jego bieg. Coś, co jest pewnikiem, nagle staje się zagadką. W takich momentach zadaję sobie pytanie: czy ja tak naprawdę wiem, co się wokół mnie dzieje? Przyjaciele stają się wrogami, a sprawianie ból to dla nich chleb powszedni. Czy cokolwiek jest pewne, skoro człowiek aż tak się pomylił? A co by się stało, jakby była szansa urodzić się na nowo. Nowy start, świeże spojrzenie. Sprawa komplikuje się, kiedy wracamy nie jako noworodek, a dorosła osoba, która ma moc i sporo na głowie. 

- Dlaczego przystojni faceci zawsze są gejami?- Ech - mruknęła Myfanwy. Albo wampirami.



Fabuła 

Myfanwy Thomas urodziła się na nowo, a raczej obudziła w obcym dla siebie ciele. Londyński park, to nie jest najlepsze miejsce na odpoczywanie. Szczególnie, że otaczają ją nieruchome ciała w lateksowych rękawiczkach. Co ona tu robi? Kim jest i dlaczego nic nie pamięta? Kobieta musi odkryć kim jest żeby przeżyć. 

Główna bohaterka ma dwa wyjścia: uciekać lub wcielić się w postać poprzedniego wcielenia. Jej poprzedniczka zostawiła szczegółowe instrukcje, notatki, plan działania. Wizje jej śmierci sprawiły, że miała dużo czasu na opracowanie planu. I tak opisała każdy aspekt swojego życia. Czy nowa Myfanwy idealnie ją zastąpi? Bycie Wieżą to bardzo odpowiedzialne stanowisku, na którym musi sobie radzić z paranormalnymi sytuacjami, byłą opiekunkę nawiedzającą ją podczas snu, Figurę o czterech ciałach czy też innymi, wysoko postawionymi ludźmi. Czy kobieta poradzi sobie wiedząc, że w organizacji jest morderca czyhający na jej życie? 

Przebiegłą palcami po płaszczach, i rażona nagła myślą, wsunęło dłoń do wewnętrznej kieszeni, Wyciągnęła dwie koperty, starannie napisane Do Ciebie i 2.


Moim zdaniem 

 Wielkie oczekiwania, górnolotne słowa i zachwyt – tak odebrałam pierwsza styczność z Wieżą. Ile to tam naobiecywano. Coś nowego, innego, nietuzinkowego. O'Malley sprawi, że wyskoczę ze skarpet. Przekonały mnie tak naprawdę dwa fakty: tematyka urban fantasy oraz Wydawnictwo. Tylko czy wyszło to na dobre? Zaraz się przekonacie. 

Jedno z najdziwniejszych imion książkowych. My..., Myfan...., Myfanwy. Ok, udało się. W mojej głowie, podczas czytania, przybierało zupełnie różne formy. Postać należy do grona, o których lubię czytać. Walczy o swoje kiedy trzeba i nie wpindala się bez potrzeby. Dba o własny interes. Nie jest strachliwą lalunią, ale też nie jest ze stali. Odważna, ale znająca umiar. Typ lubiący spokojne życie. Potrzebuje jednak czasem adrenaliny żeby dobrze funkcjonować. 

Bohaterów drugoplanowych jest dużo oraz nie ma sensu ich wszystkich opisywać. Najbardziej zwraca na siebie uwagę Figura. Jedna dusz, cztery ciała. Dla mnie było to nie do ogarnięcia. Jak cztery osoby mogą być kierowane jednym umysłem? A jednak... Figura jest brutalna i nie daje sobie w kaszę dmuchać. Niebezpieczna oraz nieprzewidywalna. Podczas czytania pałałam do Figury sympatią, ale za chwilę robiła coś takiego, że wyzywam w przestrzeń: dlaczego mi to robisz! Ja Cię lubię,a ty mi tu takie mordercze salta...

Fabuła jest nietuzinkowa. Poszczególne wątki były wykorzystane wcześniej w literaturze. Połączone w jedno tworzą świeży pomysł autorstwa Daniela O'Malleya. Przyznaje, że mnie uwiódł swoim stylem, ale nie po wsze czasy. Pisze rzeczowo, jakby plan w jego głowie właśnie się ujawniał. Mimo bogatego języka, nie spotkałam się z większymi zagadkami albo sformułowaniami wytrącającymi z rytmu. Całość jest logiczna. Oczywiście jeśli przeżyje się pomysł innej duszy w tym samym ciele. Nieoczekiwane zwroty akcji wprowadzają ruch do książki. Dzięki takiemu zabiegowi, nie nudziłam się cały czas podczas czytania. 

Najbardziej do powieści przyciąga tajemnica, którą chce się odkryć. Zagadka do rozwiązania. Jak to się stało, że totalnie różne dusze zamieszkały, po sobie, jedno ciała. Jest to naprawdę niezwykłe zjawisko. Podczas czytania próbowałam wyobrazić sobie jakbym się czuła na miejscu głównej bohaterki. Przyznaje szczerze, że na pewno nie ogarnęłabym się tak szybko jak ona. Cieszę się, iż zdecydowała się pozostać i próbować odkryć kto jest mordercą. Fragmenty, w których przeprowadza własną analizę są najlepsze. Na moich oczach odbywała się przemiana zagubionej kobiety w Wieżę, która wie czego chce. Powracające wspomnienia były realistycznie przedstawione, a nie wydumane na siłę. Cała droga głównej bohaterki jest osadzona w fikcji, ale takiej, która mogła zdarzyć się naprawdę. Kto wie, może niedługo będzie szansa na zamieszkanie innego ciała bez konsekwencji? 

- Cholera - pomyślała. - To trochę za wiele, jak na pierwszy dzień pracy.



Jak to zawsze ja musiałam trafić na uwierający kamyk w moim czytelniczym bucie. Tu nie było inaczej. Jak mnie niemiłosiernie wkurzały opisy. I nie chodzi tu o wszystkie. Przy zgłębianiu działania całej organizacji, przycięłam komarka z dwa razy. Przecież nie wystarczy informacja po co,do czego, kto należy i tyle. O nie, trzeba szczegółowo sięgnąć po informacje z dziada pradziada oraz tłuc o sparciałych korzeniach. O matulu... A to jest tylko jeden przykład. W takich momentach przypominałam sobie slogan z Inspektora Gadżeta i krzyczałam: dalej, dalej mały kundlu (Kindlu). Strony magicznie przyspieszały. Mówię zdecydowane nie przynudzającym opisom. Wiem, że trzeba wprowadzić czytelnika w opisywany świat, ale nie zanudzić. 

Jest jeszcze jedna wada, ale jest tak mała, że tylko o niej wspomnę. Dumania głównej bohaterki są niespójne. Wydaje się, że wpadła już na jeden sposób działania, a za kilka stron znowu rozpatruje za i przeciw. Szczególnie widoczne jest kiedy jej charakter przejmuje kontrole, a ona stara się być dawną wersją noszonego ciała. 



Czy książka jest dobra? Tak! Czy spadły mi gacie i nie wierzyłam w autorski geniusz? Nie... Wieża jest naprawdę ciekawą pozycją urban fantasy, z domieszką psychologicznych zagwozdek oraz tajemnicą w tle. Pomysł z utratą pamięci jest powielony, ale zaprezentowany w zupełnie inny sposób. To wielki plus. Wewnętrzna organizacja jest typową klatką zmów, przekrętów i machlojek. Nadnaturalny charakter nadaje jej smaczku. Nie jest czymś wybitnym, jednak w połączeniu z sytuacją głównej bohaterki – wzbudza zainteresowanie. Wspomniane wcześniej zwroty akcji, nadają ciekawy rytm fabule. Aż podnosiła mi się adrenalina, kiedy nie wiedziałam co za chwilę się stanie. 

Jestem na tak. Ostatecznie. Nie można odmówić talentu Danielowi O'Malley. Mam nadzieję, że jego styl rozwinie się przy następnej powieści. Szczerze na to czekam, bo Wieża narobiła mi smaka na więcej. Jedną z rzeczy, których nie da się pominąć jest ciekawy dowcip. Niewybredne żarty oraz ordynarny sposób bycia sprawia, że chce więcej. Kocham ludzi ironicznych oraz sarkastycznych. 





Moja ocena: 5/6

Za możliwość wcześniejszego przeczytania dziękuję Wydawnictwu Papierowy księżyc!


Czytaj dalej »